Biuro Zarządu:

ul. Sienkiewicza 8, 80-227 Gdańsk


NIP: 957090691

tel: 727 008 103

tel: 505 438 974

e-mail: biuro@zzwp.pomorskie.pl , pzw.biuro@wp.pl

Marynarka Wojenna moich lat

(Za: www.zzwp.pl/aktualności)

Gen. bryg. Józef Szewczyk w artykule pn. „Marynarka Wojenna moich lat” barwnie opisuje żołnierskie życie na Wybrzeżu, stosunki wzajemne między Polakami, a Rosjanami w kontaktach towarzyskich i w pracy oraz ciekawe (niekiedy nieznane) epizody dotyczące służby wojskowej.

X     X     X

Spośród wszystkich rodzajów Polskich Sił Zbrojnych, Marynarka Wojenna znalazła się po wojnie w szczególnie trudnej sytuacji operacyjnej, technicznej i personalnej. We wrześniu 1939 r. kadra zawodowa i marynarze, którzy uszli z pola bitwy z życiem, w większości trafili do niemieckich obozów jenieckich.
   Części jedynie udało się schronić wraz z kilkoma okrętami w Anglii i podjąć działania wojenne przeciwko Kriegsmarine w ramach Floty Brytyjskiej. Kilka okrętów zatopiła flota niemiecka, inne dostały się w ręce nieprzyjaciela i były przez niego wykorzystane w ramach tejże Krigsmarine na różnych wojennych akwenach. Parę innych zostało internowanych w neutralnej Szwecji.
    Decyzje trzech wielkich mocarstw w Teheranie, Jałcie i Poczdamie wytworzyły sytuację geopolityczną, w której większość naszej kadry morskiej pełniącej służbę w Royal Navy odmówiła - po zakończeniu działań wojennych - powrotu do kraju i bądź to pozostała w Anglii, bądź osiedliła się w USA, Kanadzie, Australii i innych państwach. Ci zaś oficerowie i podoficerowie zawodowi Marynarki Wojennej powracający z niewoli do kraju, zostali w większości wcieleni do służby morskiej. Mieli oni jednak blisko 6-cio letnią przerwę w służbie na morzu i nie nabyli - poza kilkoma tygodniami kampanii wrześniowej 1939 r. - praktycznie większego doświadczenia bojowego. Nie było kim obsadzić wyższych stanowisk dowódczo-sztabowych.
    Ówczesne kierownictwo Państwa zwróciło się więc do władz ZSRR o oddelegowanie grupy wyższych oficerów radzieckiej floty wojennej do dyspozycji polskiego dowództwa wojskowego na czas niezbędny do wyszkolenia rodzimych kadr wojenno-morskich. Obliczano ten proces na kilka lat. Równolegle reaktywowano Oficerska Szkołę Marynarki Wojennej sytuując ją w Gdyni na Oksywiu, która przystąpiła do szkolenia podchorążych.
    Po zakończeniu działań wojennych skierowano do niej także grupę młodych oficerów frontowych, których okres szkoleniowy został zakończony 25 września 1949 roku. Promocji tej grupy liczącej 28 oficerów, dokonał osobiście Marszałek Polski Michał Rola-Żymierski. (tu uwaga: po raz pierwszy i bodajże jedyny w blisko pięciowiekowej historii Polskiej Marynarki Wojennej Głównodowodzący Siłami Zbrojnymi wystąpił w uniformie marynarskim). Wśród promowanych byli m.in. porucznicy marynarki: Zdzisław Studziński, Ludwik Janczyszyn, Henryk Pietraszkiewicz i inni przyszli admirałowie Polskiej Floty. Pierwsi dwaj dowodzili kolejno Marynarką Wojenną przez ponad 30 lat.
     W tym też czasie Związek Radziecki przekazał Polsce 23 okręty wojenne. Były to głównie trałowce i ścigacze okrętów podwodnych oraz 3 kutry torpedowe, wyposażone w sprzęt i uzbrojenie różnego pochodzenia, ale z instrukcjami obsługi w języku rosyjskim. Był to dodatkowy argument mający uzasadnić konieczność oddelegowania oficerów radzieckiej floty do szkolenia i przygotowania wojenno-morskiego polskich załóg. (W międzyczasie powróciły z amerykańskiej strefy okupacyjnej Niemiec 4 nasze, przedwojenne dozorowce typu „Czajka” oraz z ,,demobilu” kilka trałowców bazowych. Dopiero później przypłynęła „Błyskawica” a jeszcze później ,,Burza”).
     Przejmowanie dowodzenia całą Marynarką, jak i większymi zespołami okrętów oraz kierowania wiodącymi komórkami sztabowymi, technicznymi i szkoleniowymi (w tym OSMW) przez radzieckich specjalistów morskich przypadało na lata 1946 - 1950.
    Niemal równolegle z wyższych stanowisk dowódczych odwoływani byli oficerowie przedwojenni, a na ich miejsce przybywali oficerowie radzieccy, głównie z Floty Bałtyckiej ZSRR. Oficjalna wersja głosiła, że nasi oficerowie nie posiadali wymaganego - jak na lata pięćdziesiąte - doświadczenia wojenno-morskiego, jako że w zdecydowanej większości cały okres wojny spędzili w obozach jenieckich (o czym wyżej), natomiast ich radzieccy następcy prowadzili skuteczne działania bojowe na morzu zwalczając okręty Kriegsmarine.
    Później oficjalna propaganda dołączyła zarzuty natury polityczno-kryminalnej o rzekomym spisku w wojsku, w tym i w Marynarce Wojennej, w którym przedwojenni oficerowie mieli jakoby przygotowywać zamach stanu i w jego wyniku obalić przemocą ustrój ludowo-demokratyczny w Polsce. Sprawa została szczególnie nagłośniona w prasie i radio na początku sierpnia 1951 r. Byłem wówczas oddelegowany na szkolenie z broni podwodnej do zespołu okrętów rozminowujących Zatokę Pomorską. 2-go sierpnia sygnalista odebrał z Bazy SON (Szczeciński Obszar Nadmorski) polecenie, by wszyscy oficerowie naszego zespołu stawili się o określonej porze w Dowództwie Bazy Marynarki Wojennej w Świnoujściu. Holownik zabrał nas z trałowców na nabrzeże, a stamtąd udaliśmy się do Bazy, gdzie zgrupowało się już kilkudziesięciu oficerów z okrętów i jednostek lądowych Marynarki Wojennej. Na salę wkroczyli przedstawiciele Dowództwa SON w towarzystwie ówczesnego Prokuratora Marynarki Wojennej kmdr. Leonarda Azarkiewicza (radziecki oficer, polskiego pochodzenia), który z wielkim przejęciem zakomunikował nam, iż poprzedniego dnia nastąpił niespotykany w dziejach Polskiej Marynarki Wojennej akt zdrady na okręcie hydrograficznym ORP „Żuraw”, którego część zbuntowanej załogi sterroryzowawszy bronią dowództwo okrętu, uprowadziła jednostkę do Szwecji. Tam 12 marynarzy zeszło na ląd i oddało się w ręce miejscowych władz z prośbą o azyl polityczny. Istotnie, był to przypadek bez precedensu od czasu utworzenia Floty Wojennej przez Króla Władysława IV. Oficjalna propaganda połączyła ucieczkę HG 11 (numer burtowy ORP ,,Żuraw”) z rzekomym spiskiem w wojsku, którego sprawa weszła właśnie na wokandę Najwyższego Sadu Wojskowego w Warszawie. Ja, pełniący służbę na najniższym szczeblu dowodzenia, przyjąłem te wiadomości na zasadzie - dziś można rzec naiwnego zaufania, nie podejrzewając nawet, że owo zaufanie mogło zostać przez ówczesne władze nadużyte.
    Zresztą sprawa dezercji „Żurawia” miała u nas na Flocie, ciąg dalszy. Po powrocie do macierzystego Portu Wojennego na Oksywiu, poczęły się dziać na poszczególnych zespołach dziwne rzeczy. Część marynarzy zwalnianych na ląd w ramach normalnych przepustek lub urlopów, nie wracała na okręty. Wysyłaliśmy po nich patrole do znanych melin portowych i innych miejsc, gdzie zdarzało się niekiedy marynarzom zakotwiczyć ponad czas ważności przepustki. Poszukiwaliśmy ich także u rodzin - bez skutku. Dopiero po jakimś czasie dowiadywaliśmy się, że zostali zatrzymani i osadzeni w areszcie śledczym cieszącego się najgorszą sławą Zarządu Informacji Nr 8 w Gdyni, pod zarzutem działalności antypaństwowej. Z mojego Dywizjonu Ścigaczy aresztowanych zostało - jeśli dobrze pamiętam - 11 marynarzy i 1 podoficer zawodowy w stopniu bosmanmata. Któregoś dnia w styczniu, lub lutym 1952 r. Dowódca Dywizjonu polecił mi zebrać po 1 marynarzu z każdego okrętu i udać się do Sądu Marynarki Wojennej mieszczącego się na Kamiennej Górze w Gdyni, na tzw. „rozprawę z rozgłosem” przeciwko naszej 12-tce. Na rozprawę, której przewodniczył Zastępca Szefa Sądu Marynarki Wojennej kmdr ppor. Celestyn Obst, doprowadzono wszystkich oskarżonych. Jako oskarżyciel wystąpił przedstawiciel Prokuratury Marynarki Wojennej w stopniu kmdr ppor. (nazwiska nie pamiętam). Stawili się też obrońcy oskarżonych. W toku przewodu sądowego wszyscy oskarżeni przyznawali się do stawianych im zarzutów, uznawali swoją winę, ujawniali wszystkie szczegóły owej ,,antypaństwowej działalności”. Zeznania świadków współgrały w każdym szczególe z wyjaśnieniami oskarżonych. Obrońcy, zawodowi adwokaci, członkowie gdańskiej palestry, w najmniejszym nawet stopniu nie podważali ustaleń śledztwa, a jedynie obciążali imperializm anglo-amerykański, który ,,zbałamucił tych młodych, niedoświadczonych życiowo ludzi i podżegając ich, skierował na złą drogę”. Adwokaci prosili tylko Wysoki Sad, aby wziąwszy pod uwagę ich młody wiek oraz brak życiowego doświadczenia, wymierzył im łagodne kary. I ja i wszyscy obserwatorzy tego procesu, przyjęliśmy do wiadomości, że oskarżeni istotnie dopuścili się zarzucanych im przestępstw, skoro sami się do tego szczerze przyznali, świadkowie te zarzuty w pełni potwierdzili, a adwokaci ich nie kwestionowali. Zapadły 3 wyroki śmierci (na szczęście nie wykonane) i 9 wieloletniego więzienia. Z tą sprawą zetknąłem się po kilku latach. W 1953 r. Marynarka skierowała mnie na studia prawnicze do Warszawy. Po ich ukończeniu i skierowaniu do Prokuratury prowadziłem w latach 1958 i 1959 - jako ten, który nie był uwikłany w przeszłości w stosowanie represji - postępowania rehabilitacyjne w stosunku do tych i innych niesłusznie skazanych. Ale o tym bardziej szczegółowo w innym miejscu.
    Z poznanych wówczas źródeł wyłoniły się potworności i okrucieństwa ówczesnego aparatu terroru w Marynarce Wojennej, której wykonawcą byli oficerowie i profosi VIII Okręgowego Zarządu Informacji w Gdyni sterowanego przez oficerów ,,SMIERSZA ”. Zresztą zarówno Prokuratura, jak i Sąd Marynarki Wojennej też były kierowane przez oficerów radzieckich (Prokuratora kmdr. Wilhelma Świątkowskiego, a po nim wymienionego już wyżej kmdr. Leonarda Azarkiewicza oraz Szefa Sądu kmdr. Konstantego Krukowskiego). Ludzie ci nie tylko nie przeciwdziałali niepraworządnym działaniom Okręgowego Zarządu Informacji (OZI) w Gdyni, lecz także uprawomocniali jego wręcz przestępcze praktyki. W latach 50-tych zostało aresztowanych 150 marynarzy i oficerów Marynarki Wojennej, z czego 20 stracono, m. in. komandorów Stanisława Mieszkowskiego - Dowódcę Floty, Roberta Kasperskiego - Szefa Sztabu Floty, Jerzego Staniewicza - Szefa Wydziału Marynarki Wojennej w Sztabie Generalnym, Zbigniewa Przybyszewskiego - Dowódcę Artylerii Nadbrzeżnej MW, Kontradmirał Adam Mohaczy zmarł w więzieniu. Wielu usunięto z zajmowanych stanowisk i wysiedlono wraz z rodzinami z Wybrzeża, w tym Dowódcę Marynarki Wojennej, Kontradmirała Włodzimierza Steyera, bohaterskiego obrońcę Helu w 1939 r. i wielu innych.
    Co do oficerów liniowych radzieckiej floty, którzy przejęli w tych czasach dowodzenie naszą Marynarka, to w mojej pamięci zachowali się w większości pozytywnie. Byli dobrze wyszkoleni. Mieli duże doświadczenie wojenno-morskie, bowiem przez całą wojnę (oczywiście radziecko - niemiecką, tj. od czerwca 1941 r) walczyli na Bałtyku i na Morzu Północnym z Kriegsmarine, odnosili sukcesy bojowe. Do naszych spraw wewnętrznych na ogół nie wtrącali się. Pozostawiali je aparatowi politycznemu i Okręgowemu Zarządowi Informacji Marynarki Wojennej. Mieli swoją odrębną organizację WKP (b), która czuwała nad ich życiem ideowo-politycznym. Starali się na ogół nie stwarzać sytuacji wywołujących nastroje antyradzieckie, a więc do naszej kadry oficerskiej i marynarzy odnosili się poprawnie. Niektórzy pilnie uczyli się języka polskiego i starali się mówić po polsku. Wywoływało to niekiedy prześmieszne sytuacje, jako że w języku polskim i rosyjskim jest bardzo wiele wyrażeń jednakowo brzmiących, ale oznaczających absolutnie coś przeciwnego. (np. po rosyjsku: „obszczać, obszczaćsja”, oznacza „uogólnić, podsumować”, zaś po polsku wiadomo co, albo po rosyjsku „pisać” z akcentem na „pi” oznacza ,,siusiać”, polskie: ,,gardzić”, w rosyjskim znaczy: „być dumnym”, w polskim: „zapomnij”, w rosyjskim znaczy „zapamiętaj”, polskie „uroda” w rosyjskim znaczy ,,szkarada, pokraka, parszywiec, ” „ochota”, ,,ochotnik” w rosyjskim znaczy myślistwo, myśliwy. „zakazać”, w rosyjskim znaczy zamówić, zapotrzebować. Polskie: „nakazać”, to rosyjskie: ,,ukarać”. „żałoba”, to w rosyjskim wniosek, prośba urzędowa, polskie ,,dołożyć” po rosyjsku znaczy ,,zameldować”, rosyjski ,,ordynarny” to po polsku ,,zwyczajny, pospolity” itp., itd.).
     Inni, zaraz na wstępie swego wystąpienia przepraszali polskich słuchaczy za to, że będą mówić po rosyjsku, ponieważ nie chcą kaleczyć pięknego języka Mickiewicza i Słowackiego. Jeśli wymagała tego sytuacja, posługiwali się tłumaczem.
    Zdarzały się niestety także i skrajnie odmienne sytuacje, kiedy niektórzy oficerowie radzieccy odnosili się do naszych oficerów i marynarzy grubiańsko, przenosząc swoje wielkoruskie, szowinistyczne maniery na nasz, zupełnie odmienny, polski grunt, co rzeczywiście wywoływało u nas antyradzieckie nastawienie. Sam byłem świadkiem i w jakimś sensie uczestnikiem takiego zdarzenia. Któregoś dnia jeden z marynarzy naszego okrętu zameldował mi, że się żeni. Otrzymał właśnie wiadomość z domu o wyznaczeniu terminu ślubu i poprosił o urlop. Uzyskawszy aprobatę przełożonych, poleciłem mu przygotować się do wyjazdu, a kancelarii Dywizjonu wystawić dla niego kartę urlopową i dokumenty podróży, po czym opuściłem okręt.
     Po jakimś czasie powróciwszy, zastałem mojego marynarza płaczącego. Co się stało, pytam. Odpowiedział, że po moim zejściu z okrętu przyszedł Szef Sztabu Floty komandor porucznik Z. oficer radziecki, notabene pochodzenia z dawnych mniejszości narodowych II RP, mówiący jako tako po polsku. Wydał mojemu marynarzowi jakieś polecenie, ale po rosyjsku, którego ten nie zrozumiawszy, nie wykonał. Komandor po pewnym czasie wrócił i stwierdziwszy niewykonanie swego rozkazu, ukarał marynarza karą 10 dni aresztu i polecił od razu odprowadzić go do Komendy Garnizonu na odwach. W tym czasie na pobliskim molo łowił ryby Dowódca Floty, Komandor Mironow, (imienia nie pamiętam, bodajże Wiktor). Ja, poirytowany tą sytuacją, podszedłem do niego i z naruszeniem zasad regulaminowych (droga służbowa) zameldowałem mu o całym zdarzeniu. Od razu zareagował: ,,uchylam to ukaranie, niech marynarz jedzie się żenić”. Złożyłem niezwłocznie pisemny meldunek o tym incydencie do Wydziału Politycznego ,,OWR GB” (Obrona Wodnego Rejonu Głównej Bazy - poprzednio „Flota Marynarki Wojennej”). wyraźnie napisawszy, że postępowanie komandora Z. wytworzyło nastroje antyradzieckie w naszym Dywizjonie. W gronie młodszych oficerów radzieckich, z którymi mieliśmy wspólne zajęcia szkoleniowe, albo uczestniczyliśmy w rejsach, rozmawialiśmy w sprzyjających warunkach, niekiedy i przy kieliszku, na temat irytujących nas zachowań niektórych oficerów, zwłaszcza z wyższych stanowisk. Ci nasi rówieśnicy, z którymi mieliśmy w sposób naturalny bliższe relacje, odpowiadali nam, że ich starsi koledzy muszą demonstrować swoją prorosyjskość, by władze w Moskwie, czy w Leningradzie nie uznały, że się ,,rozpolaczyli”. Owo podejrzenie o ,,rozpolaczenie się” dotknęło zresztą niemal wszystkich oficerów radzieckich, którzy pełnili służbę w naszej Marynarce, bowiem żaden z nich nie powrócił nawet na poprzednio zajmowane, lub równorzędne stanowisko (może poza wiceadmirałem Wiktorem Czerokowem, który po powrocie do Leningradu, objął i to na krótko, funkcję Szefa Sztabu Floty Bałtyckiej), a w zdecydowanej większości zostali zaraz po odesłaniu do ZSRR zwolnieni do rezerwy, co równało się ze znacznym obniżeniem ich statusu materialnego i prestiżu osobistego.
     Przypuszczam, że podobnie było z generałami i oficerami radzieckimi z innych rodzajów wojsk i służb, którzy zostali odesłani później do ZSRR. Ich władze uznały najwidoczniej, że właśnie się ,,rozpolaczyli”, tzn. zarazili się naszą kulturą, obyczajowością i w ogóle innym spojrzeniem na świat, niż obowiązujące w Kraju Rad. Co do komandora Z. to wkrótce został odwołany ze stanowiska Szefa Sztabu OWR GB i odesłany do Leningradu. Głośnym echem wśród naszej kadry odbiło się także odwołanie i odesłanie do Moskwy Dowódcy Dywizji Lotnictwa Marynarki Wojennej w Babich Dołach kmdr. G. notabene, odznaczonego za zestrzelenie kilkunastu niemieckich samolotów w czasie działań wojennych gwiazdą ,,Bohatera Związku Radzieckiego”, co jeszcze bardziej podnosiło współczynnik jego bufonady, chamstwa i antypolskiego nastawienia.
    Ale - żeby w oparciu o te przykłady zbytnio nie uogólnić całego problemu - muszę podkreślić, że znałem też kilku oficerów radzieckich polskiego pochodzenia, którzy od początku deklarowali i dokumentowali swoją polskość oraz zamiar pozostania na trwałe w Wojsku Polskim. Miałem okazję zetknąć się z jednym z nich w dość zabawnych okolicznościach. Był to kmdr. por. M. dowodzący jednym z naszych okrętów. Pochodził z polskiej kolonii w Odessie. Został w latach 20-tych powołany do Czarnomorskiej Floty ZSRR. Podczas wojny z Niemcami brał udział w walkach w rejonie Krymu, Kerczu i o Sewastopol. Był znakomitym oficerem morskim, u nas cieszył się ogromnym autorytetem, a jako dowódca okrętu był po prostu lubiany za bardzo ludzki stosunek do załogi. W najtrudniejszych chwilach był zawsze na mostku. Kiedy sternik padał zmożony chorobą morską, sam przejmował ster i prowadził jednostkę. Był jednak uważany, za oficera radzieckiego, bo skierowały go do nas władze radzieckie, a i z językiem polskim miał niejakie problemy.
    Mówił posługując się plątaniną języków: polskiego, rosyjskiego, ukraińskiego, wtrącając przy tym staropolskie archaizmy. Jakoś w połowie 1953 r. przyszło z GZP WP do Marynarki Wojennej polecenie dokonania przeglądu kadry pod katem przynależności partyjnej, zwłaszcza dowódców okrętów.
    Komitet POP PZPR Dowództwa i Sztabu OWR GB przestawił Dowódcy, Komandorowi Mironowowi listę „upartyjnionych” dowódców okrętów, na której nie było nazwiska kmdr. M. Ja zastępowałem wówczas Sekretarza tejże POP, będącego na jakimś kursie poza Gdynią. Zostałem więc za niego wezwany przed oblicze Dowódcy, który zapytał mnie, co jest z kmdr. M., bo nie ma go na tej liście. Ja nie bardzo świadom całej sytuacji, zameldowałem, że ,,on jest przecież Wasz i na pewno jest na ewidencji waszej komórki WKP (b)”, która funkcjonuje w Garnizonie Gdynia”. Na to kmdr Mironow: ,,nie, on nie jest członkiem naszej WKP (b). Proszę sprawdzić w waszych dokumentach, jak jest z jego przynależnością do partii”.
    Przekopałem więc całą naszą ewidencję partyjną, lecz na temat kmdr. M. nic nie znalazłem. Poprosiłem go o przyjęcie i w bezpośredniej rozmowie zapytałem go, jak to jest z jego partyjnością.
    Odpowiedział mi: (dosłownie) ,,Jaż dukumienty złożył”. Uznałem więc, że w naszej ewidencji panuje bałagan i trzeba ponownie ją przefiltrować. Nic to jednak nie dało. Ponownie zatem wprosiłem się do niego oznajmiając, że w naszej dokumentacji jego nazwisko nigdzie nie figuruje i poprosiłem, by dokładnie wskazał, kiedy i komu owe dokumenty złożył, żeby można było je odnaleźć. Odpowiedź komandora (też dosłownie) „Nu daże w dwudzestym sudmym roku, w Cziernomorskom Flotie”. Jakoś widać nie bardzo spieszno było kmdr. M do partii, i tamtej, WKP (b) w Sewastopolu, i tej tu, PZPR w Gdyni. Do końca swojej służby do partii chyba nie wstąpił i odszedł z naszej Marynarki w pełnej chwale po osiągnięciu wieku emerytalnego. Do końca swoich dni mieszkał w Gdyni. Był zapraszany, jako honorowy gość na różne uroczystości morskie.

Wrzesień 2015 r.                                             

gen. bryg. w st. spocz. Józef SZEWCZYK








Licznik odwiedzin: 168601